Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże II - cz. 14 Ulga w Singapurze

17.09.2013

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże II - cz. 14 Ulga w Singapurze

Od zawsze chyba posiadam takie przeświadczenie, że końcówka podróży musi być szczególnie wyjątkowa – fajnie zamknąć tułaczkę po świecie skokiem na bungee z mostu, pływaniem z rekinami, czy wizytą w wyjątkowym miejsca, np. w fabryce czekolady z biletem na nieograniczoną konsumpcję w dniu zwiedzania.

Pozostając wierna swojemu przeświadczeniu o końcowych efektach specjalnych tym razem na tapetę wzięłam niezwykłe miejsce, jakim jest... Singapur!

Słyszałam wiele historii o Singapurze – o tym, jak tam czysto, jakie to bezpieczne miasto, jak bardzo rozwinięte technologicznie. Tak, słyszałam. Ale słyszeć, a przeżyć na własnej skórze to dwa różne tematy. Kto nie był, niech żałuje. To twierdzę i dziś.

Singapur jest jednocześnie i miastem i państwem i to już jest ciekawe. Do tego parametry: szerokość to 20 km, a długość wynosi 60 km! Ludność tego kraju opiewa na dumne... ponad pięć milionów! Jak tu pomieścić tylu mieszkańców na tak małej powierzchni?

Myślę, że nikogo nie obrażę, gdy powiem, że do Singapuru ściągnęłam po ponad pięciu miesiącach przemieszczania się po tzw. „azjatyckiej dżungli”. W dżungli rzeczy działy się spontanicznie, podróże były nieprzewidywalnie, spotkania kończyły się inaczej, niż planowałam, a jedzenie każdorazowo stanowiło wielkie zaskoczenie – jednym słowem, hulaj dusza! Singapur to zupełna odwrotność – z lotniska do hostelu zabrało mnie punktualne i wypucowane na połysk metro, opis trasy ze stacji metra do hostelu w 100% odpowiadał opisowi wysłanemu wcześniej przez obsługę hotelu, w samym hostelu czekało na mnie przygotowane łóżko, a zamówiona późna kolacja na rogu ulicy okazała się być taka sama, jak na przedstawionym zdjęciu. Jeszcze przed północą poczułam, że jestem w miejscu, w którym z powodzeniem odpocznę – a przynajmniej ta germańska część mojej osobowości, która podświadomie tęskniła za strukturą, stabilizacją i przewidywalnością.

Pojęcie „czystość”, „punktualność”, „bezpieczeństwo” zmieniły znaczenie. Nie przesadzę twierdząc, że w porównaniu do Singapuru, w Europie o „czystości” nie mamy pojęcia – czystość to nie tylko wykoszone trawniki, kosze na śmieci ustawione co 50 metrów czy ulice, po których jeżdżą od czasu do czasu czyszczarki. Czystość w Singapurze to m.in. brak najmniejszych odpadów w strefie publicznej i zbierane na bieżąco liście i gałązki spadające z drzew, czy sadzone prawie od linijki rośliny. To także brak grafitti na murach, pachnące i czyste autobusy i pociągi, a toalety publiczne utrzymane w czystości na hotelowym poziomie. Niezależnie od pory dnia czy/i nocy przemieszczanie się po Singapurze to przyjemność – nie trzeba, jak to w innych miejscach bywa, mieć „oczu dookoła głowy”, nie trzeba martwić się, czy grupka panów stojących w ciemnym zaułku to nie przypadkiem wstawieni kibole szukający przygód po drodze do domu. Fajnie i bezpiecznie jest podróżować kobietom po nocnym Singapurze – takie bezpieczeństwo to zdecydowanie najważniejsza lekcja dla mnie! Co za ulga! Co za nowy wymiar w życiu! Niemniej to, co dla mnie oznacza bezpieczeństwo, dla innych może znaczyć zupełnie coś innego.

W tym samym czasie, gdy zachwycałam się bezpieczeństwem, nowego znaczenia nabierały takie pojęcia jak „kontrola”, „siła tłumu”, czy odpowiedzialność cywilna. Singapur to państwo mocno kontrolowane, dlatego nie dziwią ustawione na każdym rogu kamery monitorujące ruch oraz informacje o karach za wykroczenia. Tak jak twierdzą sami rodowici mieszkańcy Singapuru – ich miasto to „fine city” – angielskie określenie „fine” ma w tym przypadku podwójne znaczenie i może oznaczać miasto „ładne, porządne” lub/i miasto „mandatów”. I nie bez powodu, bo np. wyplucie gumy do żucia to 500 dolarów, jedzenie/picie w metrze kolejne 500, jeżdżenie na rowerze w miejscu niedozwolonym to 400 dolarów, itd. Nie ma końca. Od mieszkańców tego małego państewka dowiedziałam się, że poza kamerami na ulicy pracują m.in. także pracownicy ochrony w cywilu, którzy wybrawszy sobie delikwenta, idą jego śladem, przez kilka godzin obserwując, cóż takiego delikwent poczyna (i czy przypadkiem czegoś nie żuje). Taki śledzony bidok najczęściej nic o tym nie wie – wypada jednak ufać, że zapomniawszy się, nie wypluje niesmacznego cukierka w krzaki. Prawda, że niesamowite?

Warto też wspomnieć o innym niesamowitym zjawisku – o odpowiedzialności kolektywnej mieszkańców Singapuru. Na przystankach metra, autobusowych, w miejscach publicznych udostępnia są filmy o aktach terrorystycznych z całego świata. Potencjalny widz – czy turysta czy nie – nie jest oszczędzany – czekając na metro pokazuje mu się np. następstwa zamachów bombowych i przedstawia rozczłonkowane korpusy, oderwane od nich ręce czy nogi, czy też zakrwawione twarze denatów. Po tych wstrząsających elementach Pan lub/i Pani na ekranie z uśmiechem na ustach podsumowuje, dlaczego tak drastyczna kontrola jest w Singapurze potrzebna i w jaki sposób mieszkaniec Singapuru może przyczynić się do jeszcze większego bezpieczeństwa. Dlatego w przerwie pomiędzy obrazami masakry np. w Madrycie i Anglii słychać następujący komunikat: „Widzisz osobę wyglądającą wg Ciebie podejrzanie? Skontaktuj się natychmiast z obsługą stacji metra lub zadzwoń pod numer XXX”. Każdy patrzy na każdego. Obserwacja trwa. Co za odpowiedzialność cywilna. „Czy ten system, aby naprawdę dobrze i bezbłędnie działa?” – myślałam ze strachem. I nie ukrywam, że każdorazowo zastanawiałam się, czy aby w moim „azjatyckim outficie”, czyli rozciągniętych alladynkach nie wyglądałam na tutejsze okoliczności podejrzanie i czy przypadkiem nie rzuci się na mnie zaraz tłum agentów pracujących undercover. Ufff – całkiem spory stres każdego dnia

W Singapurze można się jednak zakochać. To nadzwyczaj małe miejsce nie należy do skromnych – mając możliwości kusi szeroko pojętym bogactwem. Kultura, rozwój finansowy, projekty rozwojowe, wymiany młodzieży – wszystko miesza się między sobą i robi wielkie wrażenie. Rzeczy, za które w Europie płacimy, tutaj są wolne od opłat – wielkie ogrody botaniczne kuszą bogactwem roślin z całego świata, muzea zapraszają do zwiedzania, odbywające się codziennie show laserowe zapiera dech w piersi, np. takie jak te http://barbarabartczak.wordpress.com/2013/08/23/singapur-wieczorowa-pora-i-nocne-atrakcje/.

Nie ma mocnych, kto może, ten jedzie do Singapuru! Polecam i gwarantuję udaną zabawę!

 

AUTOR

B.B.

B.B.

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.