Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże II - cz. 12 Satyry i humoru czasem potrzeba, czyli jak to było na wyspie Bali

20.08.2013

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże II - cz. 12 Satyry i humoru czasem potrzeba, czyli jak to było na wyspie Bali

Lubię podróże. Lubię czytać o podróżach. Generalnie mówiąc lubię też podróżników. Co mnie jednak zawsze zaskakiwało (i nie zawsze pozytywnie) to te pozytywy, o których rozprawiają w swoich książkach z pięknymi zdjęciami.

Jak to jest fantastycznie, jakie zachody i wschody słońca, a jak to prawie dotąd nieznane dzikie plemię przyjęło takiego delikwenta podróżnika do siebie i przez miesiąc wprowadzało w tajniki do tej pory nikomu nieznanej ceremonii wywoływania prastarych duchów, jak to pomimo trudności komunikacyjnych – bo i delikwent i plemię nie mają wspólnej werbalizacji – przez cały miesiąc darzyli się wielkim szacunkiem żyjąc pod jednym dachem i ucząc się od siebie. I jak to taki delikwent po miesiącu pobytu w miejcu „iks”, czyli co najmniej dwadzieścia tysięcy kilometrów od miejca urodzenia, nagle dzięki ludziom, roślinom, codziennym rytuałom czuje się lepiej niż w domu, ba – czuje, że jest w domu!

Chwileczkę, myślę zawsze czytając taką lekturę, a co z tymi wszystkimi robalami, które gryzą człowieka po nocach i za dnia, co z faktem, że z kranu (jeśli jest kran oczywiście) leje się tak zimna woda, że przed oczami pojawiają się czarne plamy, a nieaktywne od szóstego roku zatoki reaktywują się z zatrważającą prędkością? Gdzie się podziały te wszystkie informacje o niestrawności, bo jeden członek plemienia nie dosmażył fruwającego robala, o zmęczeniu, o załamaniach nerwowych, kiedy delikwent podróżnik chce zjeść normalną bułkę z normalnym serem i wie, że takowej zjeść nie będzie mógł, a jeśli nawet stanie się cud i taka bułka znajdzie się w jego dłoni to i tak będzie smakowała jak coś, co obok sera i bułki nawet nie leżało? Na których zdjęciach widać niegojące się rany i niemyte przez kilka dni włosy? O co chodzi w tych książkach podróżniczych?

Już dawno temu postanowiłam więc w duchu, że nie! Ja się sprzeciwiam! Będę pisała o wszystkim, bez względu na to, jakiej delikatności sytuacja i kultura goszcząca wymaga. Będę obiektywna względem siebie i czytelnika. Przedstawię te piękne, ale też te mniej fantastyczne strony. Takie miałam zamierzenie. Tyle o tym.

Dziś przeglądam bloga. I co widzę? Podróże ostatnich dwóch lat mogłyby reklamować Azję jako raj na ziemi. Bez wyjątku – wszystkie opisy i wszystkie zdjęcia zaczerpnięte żywcem ze skarbnicy „niebiańskiego biura podróży do Azji”! Zawsze piękne motywy, zawsze dobre opinie, zawsze jakiś zaskakujący (pozytywny) element kulturowy, czasami kilka znaków zapytania... Brak narzekań, nie ma płaczu, nie ma stresu, nic nie boli – jednym słowem – fantastycznie! Czy to rezultat mojego postanowienia? Patrzę na blog i nie wierzę – czy ja naprawdę nie pisałam o mocnych i słabych momentach podróży, czy też te podróże są tak wspaniałe i fantastyczne, że na żadne skargi nie znalazłam miejsca? Czas zmienić taktykę, a i dobrze się składa, bo jestem w miejscu, które obiecuje więcej niż jest w stanie dać.

Bali

Kto nie marzył o Bali? Szczególnie po lekturze, a następnie ekranizacji książki E. Gilbert „Jedz, módl się i kochaj”? No kto? Momenty, w których Julia Roberts śmigała na holenderskiej damce ze swojego pięknego domku (o powierzchni co najmniej 100 m2) do niezwykłego szamana Ketuta, który karmił ją mądrościami z tego i z poza tego świata, a następnie udawała się na owej damce na spotkanie z ukochanym (którego zresztą poznała na pięknej plaży podczas jednej z nocnych imprez) pozostają w pamięci na długo. Pomyślałam sobie więc, że będąc już w tym zakątku świata skorzystam z okazji i udam się gdzie? Na przepiękną wyspę Bali!

Tutaj schodzą się dwa główne wątki dzisiejszego wpisu. Bali z filmu nie jest Bali w realu. Ba, Bali z biura podróży nie jest Bali w realu. A i jeszcze dalej – fantastyczny raj Bali z opowieści osób, które przyjechały na wyspę na dwa tygodnie, nie jest Bali w realu. I dlatego dziś będę pisać głównie o wielkich balijskich zaskoczeniach.

Z niewiadomych mi względów Bali ma bardzo dobry PR. Dużo się mówi o wspaniałości Bali, o pięknych, jak okiem sięgnąć, polach ryżowych, o białych, egzotycznych plażach. Spragnionych urlopu karmi się wyobrażeniem o idylli – wyspie, na której można nie tylko wypocząć i zregenerować siły po ambitnym maratonie zawodowym, ale też o zaułku wyciszenia, w którym wszystko jest możliwe, a rzeczy – za sprawą magii tego miejsca i tutejszych ludzi – przychodzą same w najlepszym momencie.

Za luksus się płaci i dlatego loty z Polski na Bali kosztują. Już na miejscu stwierdzicie, że Bali owszem, nie jest brzydkie, ale równie dobrze za taką cenę moglibyście wylecieć wraz z całą rodziną na Wyspy Kanaryjskie i całkiem nieźle się bawić. Niedługo potem stwierdzicie, że owszem – może i utrzymanie jest tanie – ale wyłącznie dla Australijczyków, których tutaj ściągają właśnie te „niskie” ceny. To, co dla mieszkańców Australii jest tanie i ok, dla średniego potencjalnego Europejczyka będzie drogie i bardzo drogie.

Tak, więc zgodnie z danym sobie niegdyś słowem, w tym jednym opisie wyspę Bali przedstawiam wyłącznie z jej słabszych stron. Zdjęcia mimo wszystko pozostają piękne (nie wiem, jak to się dzieje!)

Kąpiele

Woda w Oceanie Indyjskim jest niebotycznie zimna, a to dzięki i przez prądy z Australii. Fale na południu wyspy są wysokie na cztery metry, więc strach wchodzić, natomiast jak już się ktoś zdecyduje to i tak musi się dobrze koncentrować, żeby w tej lodowatej wodzie nie dostać po głowie jedną z licznych desek surfingowców, którzy mają tutaj swoje prywatne niebo! Dobrze, że chociaż plaża jest złota i duża, choć tłumy na niej niesamowite. Inaczej ma się wybrzeże na północy, np. Lovina Beach. Tutaj woda jest przyjemniejsza ze względu na prądy z cieplejszego Morza Jawajskiego. W wodzie owszem – można posiedzieć, natomiast już na plaży poleżeć się nie da, bo plaża jest wulkaniczna i bardzo mocno grafitowa, a miejscami czarna... Żadna to estetyczna przyjemność obtaczać się w tej czarnej masie.

Zakątki

Piękne zakątki na pewno są. Znajdą się. Ale żeby do takiego zakątka trafić i westchnąć z zachwytu należy być w posiadaniu co najmniej motorynki i niezłych umiejętności manewrowych, dzięki którym można wyspę w poszukiwaniu takowych i innych okrążyć. Tych, którzy myślą, że fajnie sobie tak pojeździć i pooglądać pola ryżowe, wyprowadzam od razu z błędu: trasa z południa na samą północ to ciągnąca się w nieskończoność zabudowana wioska, a z wioski do wioski przejeżdża każdorazowo tabun dwu- i czterośladów. Najłatwiej nie jest, choć do zrobienia...

„Jedz, módl się, kochaj”

Być może wybierasz się na Bali, bo jesteś po lekturze książki E. Gilbert? Myślisz o tym, żeby spotkać się z szamanem Ketutem Liarem, aby z kolei ten wskazał Ci drogę i powiedział (tak jak Julii Roberts), kim będziesz za pięć lub/i dziesięć lat? Zapomnij! Szaman Ketut co prawda przyjmuje całkiem sporo osób dziennie (wizyta kosztuje 25 USD i trwa ok. 10 min.), można sobie w tym czasie fajnie z nim porozmawiać, pod warunkiem, że przed wizytą nastawisz się na to, że Ketut – także ze względu na sędziwy wiek (jak sam twierdzi jego wiek wytycza cyfra pomiędy 80 a 101, ale dokładnie nie wie) – będzie powtarzał całe zdania, będzie mówił o swoich eksmałżonkach, a także powie Ci o tym, że poszukuje czwartej żony i że chciałby przyjechać do Polski, przy czym ja nie wiem, czy przypadkiem nie w jej poszukiwaniu (sic!)...

Tak, tak – wiem, każdy lubi coś innego, a o gustach się nie dyskutuje. Ale... Bali stanowi niewątpliwie fajne miejsce na wypad typu all inclusive dla mieszkańców pobliskich krajów. Można wtedy poleżeć na hotelowym leżaczku z drineczkiem w dłoni za dnia, a wieczorem wyjść na smażone ośmiornice i tańce.

Bali warto też zaplanować będąc w dłuższej podróży po krajach Azji. Ja znajduję się w tej sytuacji. Ale czy „wakacyjny” i krótkoterminowy przyjazd tutaj z Europy warty jest tego olbrzymiego nakładu czasu, pieniędzy, zmiany klimatu i strasu związanego z podróżą? Otóż zdecydowanie nie!

Pomimo wszystko uczyłam się i bawiłam wyśmienicie. Tak już jest, że zawsze znajdę dla siebie zajęcie, spotkam właściwych ludzi, trafię w odpowiednie miejsce. Mam do tego smykałkę, a może nawet taki – jak to rzekł Ketut – dar?

AUTOR

B.B.

B.B.

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.