Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 9 Kambodża, czyli dalszy ciąg wrażeń

13.06.2012

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 9 Kambodża, czyli dalszy ciąg wrażeń

Niewątpliwie ciężkie to były chwile. Pomimo wrażeń, które odbiły się echem na moim psychicznym i fizycznym zdrowiu i samopoczuciu, postanowiłam jednak nie poddawać się i brnąć dalej w kambodżańskie klimaty. Tym razem na wschód. A na wschodzie? Otóż znajdują się tam niewątpliwie najbardziej imponujące ślady Khmerów. ANGKOR.

Autobus zmierzający do miejscowości Siem Reap, skąd miałam rozpocząć wyprawę, kołysał się niebezpiecznie na drodze. Nie tyle o jakości pojazdu warto wspomnieć, co o samym ruchu drogowym. Przepisy wciąż są na etapie wprowadzania, dlatego nawet najbardziej zmęczonej osobie w autobusie nie przyszło do głowy, aby w poszukiwaniu wytchnienia zamknąć na chwilę oczy. Wszyscy bledli i czerwienieli na zmianę. Na wąskiej drodze ruch niczym w ulu. Poza samochodami osobowymi, motorynkami, autobusami i ciężarówkami własnej konstrukcji, na drodze kursują liczne motorynki prowadzone przez kierowców, którzy najprawdopodobniej książki kursanta nie tyle nie widzieli na własne oczy, ile nie wiedzieli nawet, że takowa istnieje. Czy podczas siedzenia w autobusie można spalać kalorie ze strachu? Uważam, że i owszem. Ja spalałam.

Z pewną nostalgią, a nawet rozżaleniem skonfrontowałam się z faktem, że wszystkie moje dotychczasowe podróże odbywały się śladami „Kogoś”. Znanych podróżników, przyjaciół, rodziny. I tak też było tutaj. Na własne pocieszenie, tym razem podróżowałam śladami Angeliny Jolie. Film „Tomb Raider” należy do moich relaksujących faworytów i przyznaję, że pewne cechy głównej bohaterki też do mnie przemawiają. I nie mówię tutaj o długim, ciasno zaplecionym warkoczu:)

Ruiny Angkor, w tym niesamowitej świątyni Angkor Wat, robią wrażenie nawet na najbardziej zatwardziałych w bojach podróżnikach. Przy tym mają w sobie coś mrocznego, coś, czego nie da się uchwycić ani opisać. Mroczne tajemnice minionych czasów czają się w zakamarkach, w małych przejściach i w tunelach. I do dziś większość z nich pozostaje nieodkryta. Czy Angkor Wat na pewno miał być świątynią? A może rezydencją dla królujących? A może jednak – ze względu na ułożenie ołtarzowe i kolumnowe przeciwstawne do ruchu wskazówek zegara – chodziło o nawiązanie do grobowca?

„Miasto świątyń” wybudowano za panowania króla Khmerów Suryavarnama II w latach 1113-1150. Wykorzystano przy tym więcej kamieni niż przy budowie egipckiej piramidy Cheopsa! Centralnym punktem tego zjawiskowego miejsca jest Angkor Wat. Pięć centralnych wież tworzy szczyt góry Meru. Khmerzy wierzyli, że to wzgórze jest centralnym punktem kosmosu. Angkor Wat dedykowano swego czasu najwyższemu bóstwu hindu – Vishnu. Khmerzy byli przekonani, że w postaci ich króla został on zesłany na ziemię. Angkor Wat miał być niebiańskim pałacem królów-bogów.

Świątynie świątyniami, jednak Angkor służył takżę laikom – mury te pamiętają czasy, gdy zamieszkiwało tam około miliona ludzi. Tym samym miasto to należało w XII wieku do największych metropoli świata! Król Jasowarman wybudował mechanizmy nawadniające, dzięki którym mieszkańcom otworzyła się możliwość zbierania plonów ryżowych nawet trzy razy w roku! Nie zaznano tam wówczas głodu. Tak zaopatrzeni w żywność Khmerzy uprawiali handel z sąsiednimi krajami, sprzedając im ryż i warzywa. Zarobione pieniądze pożytkowali budując świątynie, a także zdobywając kolejne terytoria. Z biegiem czasu stali się w Azji równie potężni jak Chińczycy, co dziś wydaje się nieprawdopodobne – prawda?

Khmerzy rządzili swoim królestwem przez pięćset lat. W XIII wieku przeszli na buddyzm, w związku z czym ich piękne hinduistyczne świątynie nie miały już zastosowania. W XV wieku w bardzo tajemniczy sposób królestwo Khmerów zakończyło swoje istnienie, a pozostałości po tym imponującym imperium odeszły w zapomnienie. Zieleń dżungli zabrała z Angkor Wat to, co mogła. Same drzewa oplatające ruiny to osobna, mistyczna zagadka. Skąd te wielkie, piękne konary? Czemu przypisać tak piękne wzory i prawie „ludzki” charakter trzonu tych tworów natury? Niektóre piękne, inne zatrważające. Wszystkie powalające.

Dziś Angkor Wat stanowi centrum ogromnego terenu liczącego sobie ponad 200 km2 powierzchni oraz ponad 200 świątyń. Tej niesamowicie wielkiej powierzchni nie sposób przemierzyć żadnym środkiem transportu poza dopuszczonym tutaj do ruchu tuk-tukiem (sic!). Ze względu na straszliwe upały, podczas zwiedzania bardzo łatwo o udar. Odradzam rower, odradzam także wędrówkę pieszą, która sama w sobie stanowi tutaj prawie zamiar targnięcia się na własne życie. Odległości + słońce + brak stałego dostępu do napojów (podczas jednego dnia w Angkor wypiłam 5 l. wody!) + ograniczony czas od wschodu do zachodu słońca = wystarczające powody, dla których warto podjąć się wątpliwej przyjemności targowania się o cenę za całodniowe tournee tuk-tukiem po spieczonym słońcem terytorium.

W przeciwieństwie do mieszkańców Kambodży, dla których wstęp na teren Angkor jest całkowicie bezpłatny, turyści płacą kolosalne pieniądze. W związku z tym pierwszym faktem społeczność lokalna czatuje w ruinach wciskając odwiedzającym pamiątki, ręcznie wykonane obrazy, czy wystrugane w drewnie oblicza Buddy. Dzieci – począwszy od tych najmniejszych, a na dziesięciolatkach skończywszy – żebrzą opowiadając historie swojego cierpienia, w tym osierocenia. Niestety każde kolejne dziecko oznacza coraz większy sceptyzm – czy rzeczywiście wszystkie spotkane dzieci mogą być sierotami i zbierać na edukację? Otóż wiadomo, że nie. To kolejny chwyt, na który dają się nabrać nieświadomi turyści, niewiedzący, że doraźna pomoc w postaci datku nie daje nic, a wyłącznie pogarsza sytuację. A dzieci od najmłodszych lat uczy się, że źródło dochodu mieści się w kieszeni mówiącego w obcym języku turysty, który wstrząśnięty historią sięgnie do kieszeni. A potem zapomni.

Jakby na to nie patrzeć. Magiczne miejsce Angkor i okolice pozostawiły wielkie i niezapomniane wrażenia! Ale w każdej podróży wrażeń jest pod dostatkiem. Kolejne czekały na mnie już za tzw. rogiem, bowiem z Kambodży samolot przeniósł mnie z powrotem na krótki pobyt tranzytowy do Tajlandii! A tam? Tam oczekiwała mnie już rygorystyczna świątynia Wat Sanghathan i tygodniowe medytacje i nauki buddyjskie. Niewątpliwie było to miejsce, w którym spodziewałam się napawać ciszą i spokojem. Niemniej i tu się pomyliłam, bo zamiast nich przeżyłam tydzień ciężkiej pracy i wycieńczenia psychicznego. Kolejny raz potwierdziło się moje przypuszczenie, że w Azji nie warto niczego planować! W Oleśnicy – owszem!

AUTOR

redaktor

redaktor

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.