Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 7 O tym, dlaczego nie warto się nudzić

17.05.2012

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 7 O tym, dlaczego nie warto się nudzić

Oszczędzając Wam tym razem ciekawostek historycznych i geograficznych z Laosu postanowiłam nakreślić, co takiego porabiam nie znajdując się oczywiście w tym samym czasie na łodzi, nie przeczesując akurat pobliskich i dalszych terenów w poszukiwaniu francuskiej spuścizny, nie siedząc przed hostelem w międzynarodowej grupie poszukiwaczy szczęścia w dalekich podróżach z butelką whisky za 4,50 zł

(to cena, na którą można sobie pozwolić bez trzymania się za kieszeń!) oraz nie odwiedzając jednej lub kilku świątyń, które występują tu w znacznej ilości.

Otóż będąc w Luang Prabang można w medytacji chodzonej zastanawiać się nad tym, jak zagospodarować 48 h pozostałych do opuszczenia tego miejsca, w którym wszystko jest jednocześnie osiągalno-nieosiągalne. A ponieważ tutaj Budda zdaje się słyszeć każdą moją myśl i hojnie obdarowywać odpowiadając na moje pytania i inne kwestie, już kilkadziesiąt sekund później (a dokładnie w momencie, gdy na końcu zdania “co robić” postawiłam znak zapytania) zatrzymał się obok mnie tuk-tuk, z którego wystawały 4 głowy.

Jedna z nich zapytała: “Hej Ty! Jedziesz z nami nad wodospady?” Prawda, że trafione? Tym, którzy w niedalekiej lub dalekiej przyszłości planują wielotygodniową eskapadę na własną rękę, proponuję korzystać z każdej nadarzającej się okazji (o ile jest w miarę bezpieczna) i kuć żelazo póki gorące. Tak, jak wówczas ja. “Jasne, że taaaak!” - brzmiała odpowiedź.

Tak oto chwilę później w towarzystwie Urugwajki, Angielki, Hiszpana i Holendra jechałam klekoczącym pojazdem w kierunku odległych o 30 km wodospadów – miejsca ukrytego w rezerwacie narodowym, które tubylcy cenią ze względu na możliwość wypoczęcia nad wodą inną niż ta w Mekongu.

Zanurzenie się w zimnej i nad wyraz błękitnej wodzie kaskad wodospadów w temperaturze powietrza przekraczającej 35 stopni niesie ze sobą zdecydowanie wielką ulgę. Czasami tak rozluźnia, że w przypływie szaleństwa mąci świadomość.
Ta nad wyraz orzeźwiająca woda zmąciła niechybnie zmysły także i mi, bowiem już kilkanaście minut później szalałam pomimo trzęsących się ze strachu nóg i rąk 1) stojąc w kolejce na drzewie (sic!), 2) wisząc na lianie i 3) skacząc do jednej z licznych niecek wodospadu!
Taka nagroda własna i chwilowy powrót do czasów wczesnej młodości dobrze mi zrobił (a i całkowicie przypadkiem przywrócił wcześniej celowo zakurzone wspomnienie jednej z wycieczek klasowych, podczas której koledze z klasy wiszącemu na podobnej linie spadły spodenki kąpielowe, czym wprawił w panikę żeńską połowę trzeciej klasy szkoły podstawowej. Hmmmm).

Całkowicie zanurzając się w rzeczywistości, którą zaproponowała mi tego samego poranka grupka podróżników w tuk-tuku, a która już w niedługim okresie miała ulec zmianie (bowiem już wówczas powoli przygotowywałam się mentalnie do uciążliwego przekroczenie granicy Laos-Kambodża) z jednej z niecek wodospadu podglądałam życie niedźwiedzi żyjących w rezerwacie, które z dość wątpliwym zaangażowaniem starały się osiągnąć tego dnia coś więcej niż tylko przewrócenie się w wodzie z jednego boku na drugi (Tak, w wodzie. I w nieckach. Ale własnych. Nie wspólnych).

Nie pamiętam dokładnie, czy pierwsze wrażenie bywa mylące, czy raczej prawdziwe, czy może zależnie od kontekstu jest to kwestia zamienności, niemniej dla mnie w kontekście obserwacyjnym wariant numer 1 okazał się jak najbardziej prawdziwy. Niedźwiedzie ożyły bowiem wraz z pierwszym silniejszym podmuchem wiatru, który zaszeleścił liśćmi palm w rezerwacie i zmącił wodę! Zaczęły węszyć dookoła i – uwierzcie – wcale nie wolnym tempem wyszły z wody i ruszyły ku niedalekim pagórkom. Miały rację co do tempa, miały rację co do zmiany lokalizacji na bardziej bezpieczną!

Wraz z podmuchem wiatru nadciągała monsunowa burza! To prawda, że w kierunku wyjścia z rezerwatu biegłam tak szybko, jak tylko mogłam, a i tak stanęło na tym, że świadkowałam temu wydarzeniu stojąc pod strzechą bambusową z lokalnymi sprzedawczyniami naleśników laoskich, które – z równie wielkim strachem co ja – załamywały ręce, podskakiwały przy każdym z piorunów i wpatrywały się w sufit strzechy w obawie, że lada chwila zawali nam się on na głowy. Straganów i naleśników nie uratowały.

To moje pierwsze doświadczenie tego typu – drzewa łamią się w ułamkach sekund, gałęzie spadają gdzie popadnie, kolorowe parasole i kawałki dachów z azbestu fruwają dookoła, cały czas leje niesamowity deszcz! A do tego to przenikliwe zimno... Cały spektakl trwa około pół godziny, potem chmury rozstępują się, słońce grzeje równie mocno, co 30 minut wcześniej... Tylko ludzie jacyś zszokowani. I to jest fenomen.

I oto powody, dla których nie warto się nudzić, a jeśli naprawdę macie ochotę na chwilę lenistwa i nicnierobienia, ot tak, ze zmęczenia, to nie przyznawajcie się do tego, a już na pewno nie mówcie o tym światu z taką świadomością i tak głośno, jak mi się to zdarzyło zrobić!
Obawiam się bowiem, że zostaniecie usłyszani i zajęcia – chociażby te najdziwniejsze – także się znajdą!:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTOR

redaktor

redaktor

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.