Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 6 Co z tymi Francuzami?

09.05.2012

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 6 Co z tymi Francuzami?

Pomimo pewnych obaw, granicę dzielącą Tajlandię i Laos przekroczyłam bez większych problemów. Postarałam się o pieczątkę wyjazdową po stronie tajskiej, wskoczyłam do łodzi, która przewiozła mnie na drugą stronę rzeki, a już na miejscu złożyłam wniosek o wizę Laoską, dołączyłam zdjęcie, 30 USD i 15 minut później w paszporcie miałam kolejną kolorową naklejkę.

Mekong stanowi naturalną granicę pomiędzy Tajlandią a Laosem, a ciągnie się on przez cały Laos i jeszcze dalej, w związku z czym miał być wiernym towarzyszem mojej podróży przez następne tygodnie. Dystans graniczny pomiędzy sąsiadami nie jest duży, a jednak różnica pomiędzy Tajlandią i Laosem jest odczuwalna zaraz po opuszczeniu łodzi. Dotyczy ona nie tylko zabudowania terenu, ale przede wszystkim sposobu bycia, stopnia wzajemnego zaufania, mimiki, osobistego dystansu itd. Jedna z moich przyjaciółek stwierdziła kiedyś, że jestem „kinestetykiem czystej maści”. Być może i coś w tym jest, bo w Laosie więcej czułam niż potrafiłam określić słowami. Przynajmniej w pierwszym momencie, bowiem już chwilę potem uzmysłowiłam sobie, że to historia Laosu szokuje, że pozostawiła swoje ślady nie tylko w narodzie, ale być może oddzywa się echem np. w takich kinestetykach...

Laos był długo kolonią francuską – aż do 1949 roku. Przed tym, a także i długo potem różne burze nawiedzały to małe państwo. Długa wojna domowa zakończyła się oficjalnie w 1975, choć i to są wyłącznie oficjalnie informacje, bowiem starcia pomiędzy różnymi frakcjami, po tym jak komunistyczny ruch Pathet Lao doszedł do władzy, trwały jeszcze dobrych kilka lat. I choć wybrani Laotańczycy żyją całkiem dostatnie korzystając z przywilejów, które niosą ze sobą połączona spuścizna po francuskich kolonizatorach i turystyka, to jednak większość żyje na granicy ubóstwa. Mimo tego, ceny (obowiązują dwie stawki – dla obywateli Laosu i dla turystów) w Laosie są zdecydowanie zawyżone (cena za kawę dla tych drugich w większym mieście porównywalna jest do ceny kawy w Amsterdamie, czy Berlinie), a korupcja szerzy się jak tylko chce m.in. ze względu na bardzo niskie zarobki np. urzędników państwowych (w rankingu Transparency International Laos zajmuje sto pięćdziesiątą czwartą pozycję na niecałe sto osiemdziesiąt krajów). W kraju, gdzie tylko 4,1 procent ziemi wykorzystanej jest pod uprawy, cztery piąte ludności pracuje w rolnictwie. Uprawiana ziemia pozostaje własnością państwa, a komunistyczna władza może w każdej chwili usunąć z niej każdego.

Drewniane chaty, niektóre na palach, wzdłuż drogi w górzystych regionach kraju. Drzwi wychodzące wprost na drogę. Reszta domostwa wisi nad przepaścią. Wszędzie umorusane dzieci, wychudzone kury i przykurzone psy. Jedyna nowość to telewizor, wokół którego wieczorem zasiada cała rodzina.

I właśnie takowe rozedrgania są tutaj odczuwalne (być może szczególnie odczuwalne po wizycie w Tajlandii?). Bo moi drodzy, jak tu być zdystansowanym, jak być uśmiechniętym, skoro w kraju ,jeszcze całkiem niedawno, sytuacja daleka była od stabilizacji? Czy możecie sobie wyobrazić, że w latach 1964-73 USA przeprowadziły tam tajne operacje zbrojne wymierzone przeciw laotańskim komunistom i oddziałom Wietnamu Północnego, zrzucając niesamowite ilości bomb na tereny Laosu? A dziś? Wewnątrz partii komunistycznej – system monopartyjny obowiązuje od 1975 r. – ścierają się wpływy zwolenników ściślejszej współpracy z Chinami lub z Wietnamem.

Ciekawa kraju, zaraz po pierwszej nocy spędzonej w hosteliku w przygranicznej miejscowości, wsiadłam do łodzi, która miała mnie zawieźć w głąb kraju. Infrastruktura w Laosie nie zalicza się do tych najbardziej rozbudowanych, a żeby oddać rzeczywistość całkowicie, musiałabym określić ją jako raczkującą. System dróg właściwie nie istnieje, z trudem i mozołem powstają nowe szlaki, którymi można dziś przedostać się z północy na południe kraju. Wszystko ma swoje uzasadnienie i nie sprowadza się do tego, że Laosi nie chcą budować, nie chcą się rozwijać, a o wiele bardziej do tych tysięcy niewybuchów, na które m.in. budowniczy (i nie tylko oni, ale także ludność cywilna) natrafiają regularnie na niespenetrowanych terenach. Skutki? – Wiadomo...

Przeprawa łodzią miała więc swoje uzasadnienie – miała trwać całe dwa dni z przerwą na nocleg w nikomu nieznanej miejscowości pośród wzgórz. Podróż łodzią to niesamowite przeżycie – wyobraźcie sobie siedem godzin na statku pierwszego dnia i osiem godzin na statku drugiego dnia, a dookoła piękne krajobrazy – Laosi wybierający się na połów, tabuny krzyczących dzieci pluskających się w Mekongu, wsiadający na statek ludzie pojawiający się na skałach-przystaniach nie wiadomo skąd,  szukające ochłody krowy leżące w wodach Mekongu, samotne, pojedyncze chatki bambusowe na szczytach gór (kto tam mieszka?), pseudo-pustynie ciągnące się wzdłuż rzeki. Wszystko byłoby jedną wielką idyllą gdyby nie fakt, że na łodzi nie byłam sama (sic!). Takie łodzie-taksówki do Luang Prabang, gdzie się udawałam, potrafią pomieścić nawet i 80 osób. Tubylców i turystów, pakunki, prezenty, zakupy, torby. Bagaże na dachu, towarzystwo w środku – na siedzeniach (wymontowanych z autobusu!), na podłodze, na plastikowych krzesłach, w motorowni... Dosłownie wszędzie! Wrażenia pierwszorzędne i godne polecenia, a na pewno niezapomniane!

Wysiłek włożony w siedzenie na łodzi opłacił się, bowiem po dwóch dniach zawitałam do przepięknej (choć turystycznej) miejscowości Luang Prabang. To trochę jak inny, surrealny świat – przed wejściem na łódź zetknęłam sie z Laosem tak ubogim, że nie mogłam zjeść suchej bułki bez poczucia winy, z łodzi oglądałam Laos komunistyczny, przerzedzony, zamieszkany w małym stoniu (w końcu tylko ok. 6 mln mieszkańców przypada na 236 tys. km²!), a tutaj? W Luang Prabang przepych, restauracje (sic!) z przygotowanymi, wypolerowanymi lampkami do wina i świecami. W menu zestawy europejskie, w tym w szczególności sery, bagietki. Tak! Jak zapewne domyśliliście się od razu to właśnie najbardziej rzetelny obraz kolonizatorstwa francuskiego w Laosie. Piękne domy, schludne oświetlenie, porządek i ład, jakich nie widziałam w żadnym innym miejscu w czasie trwania podróży po krajach Azji  – to wszystko, to tylko namiastka tego, z czego mogli teraz czerpać korzyści mieszkańcy miasta Luang Prabang (wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!).

Nie kolonizacja francuska i jej skutki zastanawiały mnie jednak tutaj aż tak bardzo, jak zagadnienie połączenia buddyzmu i komunizmu. Bo co o tym myśleć?

AUTOR

redaktor

redaktor

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.