Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 5 Szczęśliwego Nowego Roku 2555!

02.05.2012

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 5 Szczęśliwego Nowego Roku 2555!

Co za uroczysta przyjemność obchodzić ten szalony Nowy Rok w uroczej miejscowości Chang Rai w Tajlandii północnej. Z wielu źródeł słyszałam, że należy przygotować się na specjalne obrzędy, w tym m.in. wzajemnego lania wodą. Nic bardziej nie przypadło mi do gustu niż ta wiadomość. Kto z nas nie zna bowiem słynnego śmigusa-dyngusa?

A ja, śmiałek pierwszej ligii, byłam właśnie na to od lat przygotowywana uciekając bądź goniąc kogoś z wiadrem wody w pierwsze dni kwietnia – spodziewałam się wówczas czegoś podobnego. Nic bardziej mylnego...

Obrzędy tego okresu różnią się znacznie od tych praktykowanych u nas. Ponieważ w całym songkranie chodzi o oczyszczanie, to właśnie wejście w ten świąteczny okres rozpoczyna się dzień przed właściwym świętem sprzątaniem domów. A już następnego dnia, rodziny (po całej nocy sprzątania) udają się rankiem do świątyń, aby tam złożyć ofiary z owoców, kwiatów i kadzideł, a następnio „obmyć” posągi Buddy oraz kamiennych wartowników świątyń. Wierzący przynoszą do świątyń piasek, z którego formują malutkie piramidy, które następnie dekorowane są kolorowymi flagami. A jakie znaczenie ma takie budowanie? A właśnie... Piasek reprezentuje kurz, który wierzący wynoszą na podeszwach swoich butów w ciągu roku ze świątyni, a który ma wrócić na swoje miejsce.

Choć świętowanie rozpoczęło się kilka dni przed terminem (miałam wrażenie, że impreza trwała cały tydzień), to faktyczna uroczystość noworoczna miała w tym roku miejsce w dniach 13-15 kwietnia. A świętowali wszyscy i to w całym kraju – starsi, młodsi, dzieci, dziadkowie, mnisi. I turyści! A świętowanie odbywało się przy płynącej szerokim strumieniem whiskey, która tutaj bije rekordy popularności. Tradycyjnie pije się ją z sodą (podobna do gazowanej wody mineralnej) oraz namiastką słynnej pepsi. Często bez lodu.

A jeśli oczyszczanie ducha, to równolegle oczyszczanie ciała. W związku z tym oblewano się wzajemnie hektolitrami wody. Przy ulicy ustawiano wielkie pojemniki, baniaki, a wręcz kadzie wody, które – jeśli tylko wody zaczęło z oczywistych względów ubywać – notorycznie uzupełniano. Spacer po mieście w tym okresie był prawie niemożliwy. Aby przejść do innej dzielnicy musiałam się nieźle nagimnastykować i właściwie przemykać między uliczkami, a i tak w drodze powrotnej gubiłam klapki uciekając przed kaskadami wody lanej z wiader, misek, kolorowych, plastikowych pistoletów etc....

Po takim „ataku” oczekiwano ode mnie... podziękowania i radości. I tak też czyniłam. Dziękowałam i cieszyłam się, bo przecież oczyszczano mnie i pomagano mi wejść w jeszcze lepszy rok. W tak dobrym humorze i jak zawsze doborowym towarzystwie Tajlandczyków przemoczonych w takim samym stopniu co ja, wypijałam jeszcze obowiązkowy łyczek whiskey, a następnie szykowałam się do następnego „ataku”:) Do tajskiego Sylwestra jeszcze daleko, a moje powroty do domu stawały się coraz bardziej wymagające. A potem? Potem już tylko z górki.

W pierwszy dzień uroczystości noworocznej miałam wielkie szczęście – zostałam zaproszona bowiem do świętowania z rodziną, u której wynajmowałam pokój. Pierwsze kroki ku świętowaniu to wyjazd do miasta wielkim samochodem typu pick-up. Za kierownicą siedział – jak to zwykle bywa – kierowca (w tym przypadku gospodyni), a na pace siedziało – tak jak to zwykle w Europie nie bywa – łącznie siedem osób, które gromadziły się wokół trzech beczek wypełnionych po brzegi wodą. Tak oto wyposażeni, doposażeni w wiadra, kubki, nabieraki wody wyruszyliśmy na pierwsze starcie!

Warunki sprzyjały: temperatura na zewnątrz wynosiła ok. 38 stopni, ja miałam doświadczenie poprzedzone latami praktyki (śmigus-dyngus!), a z towarzystwem, pomimo bariery językowej, porozumiewałam się całkiem dobrze, bo przecież przyświecał nam wszystkim wspólny cel – zmoczyć możliwie najwięcej osób. A ponieważ woda to błogosławieństwo, a jednocześnie obmycie z niepowodzeń i oczyszczenie, nikt tutaj przed nią specjalnie nie uciekał, a wręcz był za nią wdzięczny – nawet jeśli właśnie chluśnięto mu w twarz wiadrem zimnej wody (sic!).

Przyznaję uczciwie, że duch walki opuścił mnie dość szybko, a mianowicie, gdy na własnej skórze poczułam, że w kadziach z wodą przeciwników znajdują się wielkie bloki lodu, które chłodzą ją skutecznie do temperatury, która – nawet w tej gorącej aurze – paraliżowała każdorazowo cały moj system nerwowy. Walczyliśmy do utraty tchu i do utraty wody. A potem cała runda od nowa. Zanim dojechaliśmy do domu, kierowca samochodu zawiózł swoją rodzinę, a przy okazji także i mnie nad Mekong, gdzie mieliśmy okazję zmoczyć się i oczyścić do szpiku kości upewniając się, że na pewno jesteśmy obmyci i przemoczeni do cna. A jak świętować, to na całego! I dlatego także tam ściągały codziennie tłumy – świętowano, grilowano, tańczono i namiętnie śpiewano karaoke. Niesamowite przeżycie. Prawie za dużo jak na jeden raz (sic!).

Miałam już dość, sine usta i sparaliżowane od zimna plecy, gdy w końcu usłyszałam sygnał powrotu do domu. A tam? Whiskey dla wszystkich gości. Gospodarz chodził dumny z butelką w ręku i rozdzielał kieliszki wśród kilku zdumionych turystów... których niestety ominęła całodniowa wodna frajda.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku... 2555!

AUTOR

redaktor

redaktor

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.