Facebook
RSS
ARTYKUŁY WYDARZENIA WASZE PROBLEMY WASZE PROPOZYCJE KONTAKT ZALOGUJ SIĘ DO SERWISU

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 2 Chwila wytchnienia na Ko Phayam

04.04.2012

Dział: artykuły, kategoria: Własnym zdaniem

Basi Bartczak azjatyckie wojaże - cz. 2 Chwila wytchnienia na Ko Phayam

Tajlandia przywitała mnie naprawdę godnie – cudną ciszą, piękną plażą, ciepłym oceanem i kolorowymi hamakami.

A jak to się stało? Wkrótce po aklimatyzacji, udałam się z miejscowości Phuket, gdzie wylądowałam, w dalszą podróż. Celem była wyspa Ko Phayam. W przeciwieństwie do wyspy Ko Phi Phi, na której urzędował Leonardo di Caprio kręcąc film pt. „The Beach”, o Ko Phayam nie słyszałam zbyt wiele.
Wybrałam oszczędną wersję przejazdu (wszystkie moje podróże można właściwie określi typem „low budget”), co w efekcie dało 6 godzin autobusem, następnie 30 minut w samochodzie typu otwarty pickup (nazywa się go tutaj “sawngthaew”, a skutecznie zastępuje on środki komunikacji miejskiej) z zamontowaną ławką do siedzenia, potem zaledwie 3 godziny wolną barką, następnie (już na wyspie) 15 minut motorynką na jej drugi koniec, i... w końcu ULGA – można się przeciągnąć, wyprostować, zrelaksować. Co za frajda!
Cała podróż nie byłaby aż tak męcząca, gdybym wzięła pod uwagę fakt, że miejsca siedzące dla Tajlandczyków są naprawdę mniejsze niż w Europie. Za to widoki za oknem miałam piękne – autobus jechał przez zieloną dżunglę, mijał malutkie osady, wioseczki, ot życie tajskie w skrócie. Ponieważ trasa prowadziła tuż przy granicy z Birmą, nie brakowało też kontroli wojskowych i policyjnych. Wszyscy w autobusie zostali solidnie skontrolowani pod kątem posiadanych dokumentów, zezwoleń na pracę etc. Stosunki Tajlandii z Birmą kształtują się zupełnie inaczej niż te państw Strefy Schengen.
Jako jedyna turystka w autobusie zostałam w tej kontroli uprzejmie pominięta. Dziękuję.


Życie na wyspie funkcjonuje sprawnie jakieś pięć, sześć miesięcy w roku – począwszy od późnego listopada, skończywszy na maju, kiedy to w końcu rozpoczyna się tutaj pora wietrzno-deszczowa. Jednym słowem – kończy się lato. Pełnia sezonu na wyspie to miesiące grudzień, styczeń i luty. W marcu natomiast rozpoczyna się czas letni i absurdalenie... kończy się sezon turystyczny. Niby absurd, a jednak wytrzymanie w horrendalnych temperaturach więcej niż kilka dni to nie lada wyczyn. Mimo to czas spędzony w tym miejscu – czy to w tzw. „sezonie”, czy poza nim – można nazwać wyłącznie udanym.
Po przybyciu na miejsce znalazłam zakwaterowanie w bambusowym domku nad samym oceanem. Zmęczenie dawało o sobie powoli znać, więc postanowiłam wejść pod moskitierę i spróbować zasnąć. I oczywiście klapa. Tyle nowych odgłosów – gekony, małpy, masy owadów, latające wielkie chrabąszcze, ptaki hornbill, do tego fale uderzające o skałę... Pierwsze dwie noce leżałam w tzw. półśnie; półprzytomna ze zmęczenia zasnęłam na dobre trzeciej nocy i przespałam prawie całą dobę. O wyrzutach sumienia nie było jednak mowy. Co robić w miejscu, gdzie prąd pojawia się wyłącznie trzy godziny na dobę, gdzie można odpuścić wszystko, gdzie czas przestaje być ważny, gdzie dni odlicza się wschodem i zachodem słońca? Odpoczywać! Z latarką w ręku przeszukiwać przed snem bambusową chatkę w poszukiwaniu węży, żab, gekonów (przynoszą szczęście) i innych stworzeń, które mogłyby ewentualnie zakłócić dobry sen. Delektować się ciepłym oceanem, pływać z ławicami, leżeć godzinami w cudnym, tajskim hamaku (urzekły mnie już na dobre) i czytać... Słuchać długich opowieści...


Właśnie dzięki jednej z nich dowiedziałam się, dlaczego tak wiele tajskich kobiet, a także dzieci często ma posmarowaną twarz białą masą, co w efekcie wygląda tak, jak niedobrze wtarty krem. To smutna historia, którą Tajki dzielą z kobietami z krajów Afryki Południowej. Mianowicie uważają one, że im bledsza, bielsza ich cera, tym są piękniejsze, tym większy mają status społeczny, tym łatwiej jest im i ich dzieciom w życiu (osoby opalone, o ciemnej karnacji to ludzie pracujący w polu. Ludzie, którzy nie mają jak uchronić się przed słońcem). Przyznam, że ta nowa interpretacja piękna, tak różna od europejskiej, wzbudziła moje zdziwienie, a nawet prawie niedowierzanie... Nie na długo... Bowiem już wkrótce miałam odkryć, że prawie wszystkie kremy dostępne w sklepach (na wyspie i poza wyspą) są kremami pielęgnującymi, a jednocześnie wybielającymi (sic!). Dopiero w ten sposób pojęłam wartość kobiecej urody w Tajlandii.

 

AUTOR

redaktor

redaktor

OCEŃ WPIS

WSZELKIE PRAWA ZATRZEŻONE | OLESNICA.EU COPYRIGHT 2012 | REGULAMIN

PROJEKT I WYKONANIE PublicON

Portal dziennikarstwa społecznościowego Olesnica.eu. Wyraź zwoje zdanie i bierz aktywny udział w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego swojego miasta.